Cz. 2 – Rozdział XIX

„Przedstawienie”

 

Amelia szła przez ulice Saillune, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Kaptur płaszcza, który otrzymała od Zelgadisa, osłaniał jej twarz, a szorstka tkanina otulała delikatnym ciepłem. Przy każdym kroku czuła subtelny zapach jego obecności. Pachniał żywiołem. Wilgotną ziemią. Taką po deszczu, przesiąkniętą ciężarem burzowych chmur, nasyconą życiem.

To dodawało jej sił.

Jednak Saillune, które niegdyś było pełne światła i radości, teraz zdawało się zupełnie obce. Pośród starannie utrzymanych kamienic i szerokich ulic pojawiły się cienie, których nigdy wcześniej tu nie było. W zaułkach przemykali żebracy – wychudzeni, skuleni w swoich łachmanach, z oczami pełnymi desperacji. Nie mogła uwierzyć, że w jej ukochanym mieście, gdzie sprawiedliwość i troska o obywateli zawsze były fundamentem władzy, znalazły się osoby pozostawione bez pomocy. To nie miało prawa się wydarzyć. Nie tutaj, nie w Saillune. Przechodnie mijali ich, nie patrząc. Szli szybkim, nerwowym krokiem, wbijając wzrok w ziemię, jakby ignorowanie problemu mogło sprawić, że on zniknie. Na ich twarzach malowało się napięcie. Brakowało uśmiechów, beztroskich rozmów, zwyczajnej otwartości. Każdy wydawał się zamknięty w swoich myślach, obawiając się powiedzieć, choć słowo za dużo.

Przez moment pomyślała o Zelgadisie. O tym, jak czuł się przez lata – niewidzialny, traktowany jak wyrzutek. Teraz sama, skryta pod kapturem, przemykała przez własne miasto niczym cień. Nikt jej nie rozpoznał, nikt nie zwrócił na nią uwagi. Było to dziwne uczucie… i smutne. Czy on tak właśnie doświadczał świata? Czy to, dlatego zawsze trzymał się na uboczu?

Z drugiej strony – obok tej szarości, niemal jak obelga – wyróżniały się grupy turystów, gości ściągniętych na jej ślub. Podchmieleni, roześmiani, w jaskrawych szatach, świętowali na długo przed ceremonią, jakby miasto istniało wyłącznie po to, aby zapewnić im rozrywkę. Kontrast między nimi a mieszkańcami był uderzający. Zacisnęła dłonie w pięści. Jak to możliwe, że obcy świętują, podczas gdy jej ludzie pogrążeni są w strachu i biedzie? Co się stało z Saillune, że tak łatwo straciło swój blask?

Gdy wreszcie dotarła do zamkowych bram, podniosła wzrok na potężne mury, które powinny dodać jej otuchy. A jednak, zamiast tego, poczuła jedynie ciężar nadchodzących wydarzeń. Pociągnęła kaptur jeszcze mocniej na twarz, biorąc ostatni głęboki oddech.

„Teraz albo nigdy” – pomyślała, zmuszając swoje ciało do odegrania idealnej sceny.

Powoli podeszła do strażnika stojącego najbliżej bramy. Jej serce tłukło się w piersi jak uwięziony ptak. Musiała zagrać swoją rolę perfekcyjnie. Wzbudzić współczucie, wywołać gniew na jej domniemanych porywaczy, sprawić, by wszyscy uwierzyli w jej historię.

Zrzuciła kaptur z głowy i spojrzała na strażnika, pozwalając, by jej twarz – zmęczona, ubrudzona od podróży – stała się płótnem dla odpowiednich emocji. Usta drżały lekko, wyglądając jak oznaka traumy, a sposób, w jaki przycisnęła dłoń do piersi, sugerował, że wciąż nie doszła do siebie po tym, co rzekomo ją spotkało.

– P-proszę… – Jej głos załamał się, jakby miała się rozpłakać.

Mężczyzna zamarł na ułamek sekundy, po czym jego oczy rozszerzyły się w niedowierzaniu.

– Księżniczko?! – wykrzyknął, natychmiast prostując się i salutując w geście szacunku. – Na bogów, żyjecie!

Nie czekając ani chwili dłużej, odwrócił się w stronę bramy.

– Jej Wysokość, księżniczka Amelia wróciła! – ryknął na całe gardło, a jego głos odbił się echem po dziedzińcu. – Sprowadzić księcia Raviego! Natychmiast!

Amelia powstrzymała chęć zaciśnięcia szczęki. Wszystko szło zgodnie z przewidywaniami. Ledwie przekroczyła próg zamku, a już stała się częścią tej fałszywej gry.

Zamek ożył. Strażnicy ruszyli w pośpiechu, a jeden z nich skinął na Amelię, by podążyła za nim do wnętrza pałacu. Wzięła kolejny oddech, szykując się na spotkanie z człowiekiem, którego chciała widzieć najmniej…

Gdy wkroczyła do wielkiego holu, Ravi już tam był. Stał wyprostowany, a jego bogato zdobiona szata lśniła w blasku wiszących lamp. Na jego twarzy malowało się zatroskanie, idealnie wyważone – ani przesadzone, ani zbyt powściągliwe.

– Amelio! – zrobił krok naprzód, jakby chciał ją pochwycić w objęcia, lecz ostatecznie się powstrzymał. – Całe królestwo się o ciebie martwiło! Odchodziłem od zmysłów… – Jego głos był ciepły, pełen przejęcia, ale Amelia widziała to, czego nie dostrzegali żołnierze i służba.

W jego ciemnych oczach czaiła się groźba.

Zmusiła się, aby pozostać na miejscu. Odwzajemniła jego spojrzenie, starając się nawet nie mrugać, przez co jej oczy mogłyby wyglądać na bardziej zaczerwienione.

Z tłumu obserwujących scenę dworzan wyróżniała się tylko jedna osoba. Kilian. Stał nieco z tyłu, a na jego twarzy malowało się autentyczne zmartwienie.

Amelia nie miała jednak czasu się nad tym zastanawiać, bo nagle do sali wpadł zziajany Arion.

– Bogowie, dzięki im za to… – wysapał, podchodząc bliżej. – Wasza Wysokość, bałem się najgorszego!

Jego ręce drżały, a w oczach błyszczała ulga. Amelia poczuła lekkie ukłucie w sercu – Arion naprawdę się martwił.

– Już dobrze – powiedziała łagodnie, posyłając mu uspokajające spojrzenie. – Udało mi się uciec.

Ravi odezwał się ponownie, unosząc brwi w udawanym niedowierzaniu:

– Uciec? Przed kim, najdroższa? Kto śmiał zrobić coś tak okropnego?!

Amelia nie zawahała się ani chwili.

– To była grupa magów. Nie wiem, kim byli, ale dobrze to wszystko zaplanowali. Tak strasznie się bałam! – zawyła głośno. – Prosiłam, żeby wzięli pieniądze, ale chodziło o coś gorszego! To miała być zemsta za prześladowanie, którego doznali z powodu nowych przepisów. Bałam się, że ja… – urwała, teatralnie przecierając rękawem nieistniejące łzy.

Ravi zmierzył ją wzrokiem, oceniając każde wypowiedziane zdanie i szukając w nim pęknięć. W końcu uśmiechnął się – delikatnie, łagodnie, jakby była kimś, kogo naprawdę kochał.

– To cud, że wróciłaś cała i zdrowa – powiedział miękko. – Arionie, zadbaj o to, by księżniczka mogła odpocząć. A potem… – Jego oczy ponownie zabłysły, choć na ustach wciąż błąkał się serdeczny uśmiech. – Porozmawiamy w moich komnatach. W spokoju.

Skinęła głową, choć w środku jej serce ścisnęło się boleśnie. Wiedziała, że ta rozmowa nie będzie niczym dobrym. To jeszcze nie koniec przedstawienia…

***

Arion nie przestawał mówić, prowadząc Amelię przez kolejne korytarze. Ona jedynie błądziła wzrokiem po kamiennych murach, prześlizgując się po twarzach podekscytowanych strażników. Wszystko w zamku było inne. Zimniejsze…

– Gdy tylko usłyszałem, że uprowadzono Waszą Wysokość, myślałem, że serce mi wyskoczy z piersi! – trajkotał pełen przejęcia. – Oczywiście, książę Ravi kazał przeszukać całe królestwo, ale… och, Wasza Wysokość, co za ulga, że jesteś cała i zdrowa! Wszyscy tak się martwiliśmy!

Milczała, jednak Arion nie przestawał…

– Książę Ravi był gotów zwołać pół armii! I, bogowie, nie dziwię mu się! Proszę sobie wyobrazić, gdyby to było coś gorszego! Gdyby Waszą Wysokość…

– Arionie – przerwała mu w końcu, zatrzymując się tuż przed drzwiami do swoich komnat.

Mężczyzna zmarszczył brwi, zaskoczony jej poważnym tonem.

– To nie byli żadni mściwi magowie – powiedziała, ściszając głos, by nikt nie mógł ich podsłuchać.

Arion spoważniał.

– Jak to?

Amelia spojrzała mu prosto w oczy i gestem zaprosiła do swoich komnat, zamykając za nimi masywne drzwi.

– To moi przyjaciele. Zaplanowali wszystko tak, żeby wyglądało na porwanie.

Doradca zmrużył oczy, nie dowierzając.

– Co? Ale… dlaczego mieliby…?

Wzięła głęboki oddech.

– Bo nie chcę tego ślubu. Nigdy go nie chciałam. Ravi nie jest tym, za kogo go uważasz. Nie kocha ani mnie, ani Saillune. Ravi chce jedynie władzy. Kontroli. Nie jestem jego narzeczoną, jestem pieprzonym trofeum! Czuję się jak więzień polityczny we własnym kraju…

Arion wciągnął gwałtownie powietrze, odruchowo oglądając się na drzwi, jakby spodziewał się, że ktoś ich podsłuchuje.

– Księżniczko, to niebezpieczne mówić… takie rzeczy – wydukał wyraźnie zmieszany. – Cóż, wiem, że to małżeństwo może nie wynika z miłości, ale książę Ravi może zapewnić Saillune dobrą przyszłość. Jak tylko ogłoszono oficjalne zaręczyny, wojska Elmekii wycofały się z frontu.

– Jestem pewna, że Elmekia nigdy nie wystąpiłaby przeciw Saillune, gdyby Ravi nie miał z tym czegoś wspólnego!

Sapnął zszokowany, a jego twarz wyraźnie zbladła.

– To poważne oskarżenia, Wasza Wysokość…

– Wiem – odpowiedziała stanowczo. – Posłuchaj, Ravi jest w posiadaniu… czegoś bardzo potężnego, co zapewnia mu władzę. Jeśli mu to odbierzemy, sami będziemy mogli zadbać o Saillune. Dlatego właśnie musisz mi pomóc.

– Ja? – Mężczyzna zaśmiał się nerwowo. – A cóż ja mogę? Jestem jedynie doradcą Waszej Wysokości. Nie mnie występować przeciwko księciu, Pani.

– Nie oczekuję tego. Wystarczy, że pomożesz moim przyjaciołom dostać się do komnat Raviego w dzień ślubu. Resztą zajmą się oni.

Arion zamilkł na dłuższą chwilę, a potem odwrócił wzrok, tocząc wewnętrzną walkę.

– Pani Amelio… jest Pani dla mnie jak córka – powiedział w końcu. Jego głos brzmiał ciszej niż zwykle, brakowało w nim również dotychczasowej formalności. – Jeśli naprawdę tego Pani pragnie, pomogę…

Amelia uśmiechnęła się z wdzięcznością.

– Dziękuję. Wiedziałam, że będę mogła na ciebie liczyć. Moi przyjaciele czekają na ciebie w posiadłości rodziny Alveron. Znajdź jakiś pretekst i pójdź do nich jutro. Pomożesz im ustalić plan.

Doradca przytaknął nieśmiało.

– Oczywiście. Ale teraz, z ciężkim sercem, muszę Pani przypomnieć, że książę Ravi chciał z Panią rozmawiać. Proszę odpocząć, przyślę damy dworu, aby pomogły się Pani przygotować.

Odpowiedziała słabym uśmiechem, zsuwając z ramion ciężki płaszcz i z czułością odłożyła go na najbliższe krzesło.

– Wasza Wysokość… – mężczyzna skłonił się z szacunkiem i powoli zaczął wycofywać w stronę drzwi.

– Jeszcze jedno, Arionie – powiedziała nagle. – Kiedy będziesz w posiadłości pani Alveron, przekaż panu Zelgadisowi, że miał rację i z powodu zaniedbań służby, ilość kurzu jest nieznośna, a komnaty wymagają częstego wietrzenia.

Mężczyzna rozszerzył oczy w zdziwieniu, najwyraźniej nie rozumiejąc dziwnej prośby. Posłusznie przytaknął i bez komentarzy, opuścił jej komnaty.

***

Amelia stanęła przed ciężkimi drzwiami, prowadzącymi do komnat Raviego. Po raz pierwszy nie czuła strachu. Nie dlatego, że nie miała się czego bać, bo było wręcz przeciwnie. Po prostu wiedziała, że nie ma już odwrotu. Przyjęła tę myśl z dziwną, niemal niepokojącą obojętnością.

Wzięła głęboki oddech i zapukała.

– Wejść – usłyszała natychmiast.

Zbyt szybko.

Czekał na nią.

Otworzyła drzwi i przekroczyła próg.

Ravi stał pośrodku pokoju, przy wysokim oknie, oglądając zachodzące słońce. W jego postawie nie było ani śladu troski, którą tak zręcznie odgrywał na oczach dworu.

Był tylko on.

I surowa, lodowata siła.

Amelia ledwo zdążyła zamknąć za sobą drzwi, gdy Ravi ruszył naprzód.

Zanim zdołała się cofnąć, chwycił ją za ramię i brutalnie przycisnął do ściany. Kamienne bloki za plecami zakłuły boleśnie, a palce wbijające się w ciało zdawały się wręcz palić przez materiał nowej sukni.

– Powiedz mi, Amelio – odezwał się cicho, niemal szeptem, ale w jego głosie było więcej groźby niż w jakimkolwiek krzyku. – Gdzie byłaś?

Zacisnęła szczękę.

– Już mówiłam. Zostałam porwana przez grupę magów.

– Ach, tak. – Uśmiechnął się, chociaż w jego oczach nie było nic ciepłego. – Tajemniczy magowie, szukający zemsty… Jakie to wygodne.

– To prawda – wycedziła przez zęby.

Uniósł brew, rozważając coś przez chwilę.

– I jak dokładnie udało ci się uciec?

– Wykorzystałam chwilę nieuwagi. Użyłam magii.

Jego uścisk nieco się rozluźnił, ale tylko na ułamek sekundy. Potem szarpnął ją do siebie. Ich twarze dzieliły teraz jedynie centymetry.

– Wiesz, co w tym wszystkim jest najciekawsze? – zapytał, muskając palcami kosmyk jej włosów. Nie drgnęła, choć wszystko w niej krzyczało, by się odsunąć. – Ci magowie, którzy rzekomo cię porwali… wcale nie są tacy nieznani.

Serce Amelii zamarło, ale nie dała po sobie niczego poznać.

– O czym ty mówisz?

Ravi nie odpowiedział. Zamiast tego puścił ją nagle i odwrócił się w stronę drzwi.

– Chodź ze mną.

– Dokąd?

– Zobaczysz.

Nie czekał, czy pójdzie za nim. Po prostu wyszedł, wiedząc, że i tak wykona jego polecenie.

Z każdym krokiem, który prowadził ją w głąb pałacu, czuła, jak zimno lochów zaczyna przenikać przez jej skórę. Nie była tu od lat. Za panowania jej ojca to miejsce praktycznie nie istniało, używano go tylko w skrajnych przypadkach, a cele były puste przez większość czasu.

Teraz?

Teraz niemal każda była zajęta.

Mijała ludzi, zamkniętych w ciasnych więzieniach, wychudzonych, zmęczonych, przerażonych. Ich oczy były puste, twarze brudne, a oddechy płytkie.

Co Ravi z nimi robił?

W końcu dotarli do końca korytarza. Strażnicy na ich widok stanęli na baczność i natychmiast otworzyli ciężkie, żelazne drzwi.

W środku, na ziemi, siedziała kobieta.

Jej dłonie były skute, a policzki nosiły ślady po świeżych uderzeniach. Gdy Amelia ją zobaczyła, ogarnęło ją lodowate przerażenie.

– Ta kobieta – odezwał się Ravi, stając obok Amelii – brała udział w twoim porwaniu. Złapaliśmy ją, zanim zdążyła uciec wraz z pozostałymi.

Amelia poczuła, że jej własne ciało zaczyna odmawiać posłuszeństwa.

– Nie…

– Naprawdę? – Książę spojrzał na nią z udawaną ciekawością. – Więc to nie ona pomogła ci uciec? Nie była częścią twojego planu?

– Nie znam jej. – Amelia czuła, że brakuje jej tchu.

Ravi zignorował jej słowa.

– I teraz, moja droga – kontynuował, jakby rozmawiali o czymś banalnym – masz okazję się odegrać.

Spojrzała na niego, czując, jak żołądek zaciska się w bolesny supeł.

– Co…?

Sięgnął do pasa i wyjął nóż.

Podał go jej.

– Skrzywdziła cię, prawda? Powinnaś sama wymierzyć sprawiedliwość.

Nie poruszyła się.

– Nie zrobię tego.

Ravi westchnął teatralnie.

– Amelio, Amelio… – Podszedł bliżej, nachylając się tuż nad jej uchem. – Jesteś przyszłą królową. Nie możesz być słaba.

– Nie jestem słaba.

– W takim razie udowodnij to.

Wciąż trzymał przed nią nóż.

Kobieta na ziemi spojrzała na nich błagalnie, ale nie odezwała się. Amelia dostrzegła w jej oczach ślad wyrzutu.

Czuła, jak zimny pot spływa jej po karku, a palce drżały, gdy zaciskały się wokół rękojeści noża. Oczy nieznajomej, pełne cichego oskarżenia, wwiercały się w nią jak ostrza.

Wiedziała. Wiedziała, że Amelia sama wróciła do zamku. Plan się nie powiódł.

Krew pulsowała w skroniach, a słowa Raviego wciąż brzmiały w głowie. Sprawiedliwość. Powinna sama ją wymierzyć. Powinna zrobić to, co należy.

Ale to było kłamstwo.

– Sprawiedliwość… – wyszeptała, a jej głos zadrżał. Była tak daleko. Tak obca.

Nieznajoma nie spuszczała z niej wzroku. Po prostu czekała. Czekała na to, co zrobi.

Ostry oddech wyrwał się z jej piersi, gdy nagle odrzuciła nóż w kąt pomieszczenia. Metal uderzył o podłogę z głuchym dźwiękiem.

– Nie zrobię tego.

Prawie nie zdążyła zarejestrować ruchu. Otwarta dłoń Raviego smagnęła jej twarz. Szarpnęła się lekko, ale nie cofnęła. Ból był niczym w porównaniu do tego, co czuła wewnątrz.

Ravi westchnął, wyraźnie zirytowany.

– Nie wierzę w twoje kłamstwa, Amelio. – Jego głos był chłodny, wyważony. – Ale przynajmniej jesteś na tyle mądra, by wiedzieć, gdzie twoje miejsce.

Spojrzał na kobietę, a potem znów na Amelię, uśmiechając się z uznaniem.

– A skoro już jesteśmy przy lojalności… – mruknął, krążąc wokół nich jak drapieżnik. – Powinnaś wiedzieć, że twoje małe „powstanie” było całkiem spektakularne, choć, jak widać, daremne. Nikt nie został złapany. – Zniżył głos. – Ta kobieta to tylko służka. Nic nie znaczy.

Amelia wstrzymała oddech.

– Ale… – Ravi przeciągnął słowo, a potem wzruszył ramionami. – Ponieważ wróciłaś, uznajmy to za mój akt dobrej woli. Daruję jej życie.

Jego oczy błysnęły chłodnym rozbawieniem.

– Zobacz, jakim jestem łaskawym człowiekiem.

Miała ochotę zwymiotować.

***

Zelgadis wpatrywał się w sufit, czując, jak zmęczenie powoli zamienia się w otępienie. Noc upłynęła mu na bezowocnych rozmyślaniach i odtwarzaniu w głowie każdego możliwego scenariusza. Czy Ravi ją skrzywdził? Czy jest bezpieczna? Czy…

Zacisnął powieki, próbując odegnać te natrętne myśli. Nie mógł nic zrobić, nie teraz. Musiał czekać. Ale ta świadomość doprowadzała go do szaleństwa.

W końcu porzucił próby snu. Zmęczony usiadł na łóżku, rozglądając się po pokoju. Po odejściu Amelii, mogli zająć pokoje na piętrze. Blady blask świtu wpadał przez okno, kładąc na jego dłoniach chłodne, rozmyte światło.

Nie miał żadnych informacji. I to właśnie było najgorsze. Bezsilność, która dusiła go jak ciasno zaciśnięta pętla.

Ciche pukanie wyrwało go z zamyślenia.

– Zel?

Nirali.

Nie odpowiedział od razu.

– Możesz wejść.

Drzwi uchyliły się, a Nirali wsunęła głowę do środka. Jej spojrzenie szybko przesunęło się po jego twarzy.

– Nie spałeś.

To nie było pytanie. Nie trzeba było być geniuszem, by zauważyć, że przez całą noc nie zmrużył oka.

Wzruszył ramionami, opierając łokcie na kolanach.

– Nie miałem na to czasu.

– Byłam pewna, że w nocy wylałeś z siebie rzekę łez, ale teraz widzę, że wykrwawiasz pieprzony ocean…

– Dziękuję za diagnozę.

Nirali westchnęła zmęczona. Zamknęła za sobą drzwi i powoli podeszła bliżej, opierając kule o krawędź łóżka. Usiadła obok, splatając dłonie na kolanach.

– Jak twoje nogi? – zapytał cicho.

– W porządku.

– Mhm…

– Rozmyślanie nad rzeczami, na które nie masz wpływu, to teraz twoja nowa specjalność?

Zelgadis westchnął i potarł twarz dłonią.

– Nirali, nie mam teraz siły na twoje komentarze.

– Więc wolisz po prostu siedzieć tutaj i się zamartwiać?

– Tak.

– Brzmi produktywnie. – Spojrzał na nią z irytacją, ale ona tylko wzruszyła ramionami. – To ci nie pomoże – dodała.

– A co pomoże? – zapytał. – Bo jeśli masz jakiś cudowny sposób, to chętnie go wysłucham.

– Wiem, że się martwisz. Ale Amelia…

– Jest w rękach Raviego – przerwał jej sucho. – I nie mam pojęcia, co teraz z nią robi.

– Pozwoliłeś jej podjąć własną decyzję.

Prychnął, odwracając wzrok.

– I co z tego? Skutek jest taki sam. Wróciła do niego.

– Bo tak wybrała. Podjęła decyzję dobrą dla jej królestwa. I dla ciebie. Pamiętaj, że bez Łzy będziesz musiał wrócić do piątego filaru. Być może na zawsze.

– A jeśli to był błąd? Jeśli…

– Nie wszystko zależy od ciebie.

Zapadła chwila ciszy.

– Zel… – zaczęła ostrożnie. – Co właściwie zamierzasz zrobić, kiedy to wszystko się skończy?

Spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem.

– Nie wiem.

– Naprawdę?

– Naprawdę.

– Więc… zakładając, że odzyskamy Łzę, co potem?

– Przecież mówię, że nie wiem! – wybuchł, po czym zacisnął dłonie w pięści i spuścił głowę. – Nie wiem, czy w ogóle jest jakieś „potem”…

Nirali patrzyła na niego uważnie.

– A to, dlaczego?

– Bo Amelia jest księżniczką. Jak sama powiedziałaś, podejmuje decyzje ważne dla jej królestwa.

– A ty jesteś Zelgadisem.

– Nie udawaj, że nie rozumiesz. – Jego głos był napięty. – Nie pochodzę z żadnej szlachetnej rodziny. Nie mam tytułu. Nie jestem nikim ważnym.

– Nie wiedziałam, że trzeba być arystokratą, żeby Amelia mogła cię kochać.

Zamarł.

Nirali kontynuowała spokojnie:

– Jesteś kimś, kogo wybrała, a to liczy się o wiele bardziej niż jakiekolwiek tytuły.

– I co z tego?

– To, że może przestań traktować siebie jak kogoś, kto nic nie znaczy.

Zelgadis potrząsnął głową.

– To nie takie proste.

– Nie mówię, że jest. Ale jeśli myślisz, że Amelia wróciła tam, bo nie chciała zostać z tobą, to jesteś idiotą.

Zelgadis opuścił głowę pokonany, chowając twarz w dłoniach.

– Chcę tylko, żeby była bezpieczna.

– Wiem.

– I nie wiem, co zrobię, jeśli coś jej się stanie.

Słowa, które wypowiedział, zawisły w powietrzu jak ciężka mgła.

Co zrobi, jeśli coś jej się stanie?

Nie chciał nawet dopuszczać do siebie tej myśli, a jednocześnie była jak trucizna powoli rozchodząca się po jego umyśle.

A jeśli już jej nie zobaczy?

Jeśli Ravi postanowił ją ukarać za to, że próbowała się uwolnić?

Przeszedł go dreszcz.

Mógł ją powstrzymać. Powinien. Dlaczego pozwolił jej podjąć tę decyzję, wiedząc, że może ją to kosztować życie?

Bo jej ufam.

Tylko… czy to wystarczy?

Nagle zrozumiał, co chciał powiedzieć.

Gdyby Amelia zginęła, nie byłoby już żadnego „potem”.

Nie byłoby już niczego.

Nirali nie próbowała go pocieszać, nie rzucała żadnej kolejnej uszczypliwości. Po prostu siedziała obok, pozwalając im milczeć. Dopiero po długiej chwili wstała i klepnęła go lekko w ramię.

– Zacznijmy od śniadania. Potem pomyślimy.

Zanim zdążył odpowiedzieć, drzwi otworzyły się gwałtownie.

– Śniadanie! – Gourry wszedł do środka z szerokim uśmiechem, jakby nic na świecie nie mogło zakłócić jego dobrego humoru. – Lina już je, więc lepiej się pośpieszcie, jeśli chcecie załapać się na cokolwiek.

Nirali przewróciła oczami, ale uśmiechnęła się lekko.

– Chodź – poleciła, zbierając kule.

Zelgadis niechętnie podniósł się z łóżka. Wiedział, że jedzenie nic nie zmieni. Ale przynajmniej przez chwilę nie będzie musiał być sam ze swoimi myślami.

***

Zelgadis, Nirali i Gourry ruszyli korytarzem, kierując się do jadalni. Cała posiadłość była przytłaczająco cicha, a ich kroki wydawały się odbijać echem od kamiennych ścian. Przez grube zasłony z trudem przebijało się światło poranka, nadając wszystkiemu posępny odcień.

Gdy weszli do jadalni, uderzyła ich przytłaczająca atmosfera tego miejsca.

Pomieszczenie było duże i przestronne, urządzone z przepychem, który teraz wydawał się tylko wspomnieniem dawnej świetności. Na ciężkich, rzeźbionych meblach osiadł kurz, kryształowy żyrandol nad ich głowami lśnił mniej niż powinien, a stół, choć nakryty elegancką zastawą, nie przypominał w ogóle wystawnych uczt, które kiedyś z pewnością się tu odbywały. A przede wszystkim brakowało służby.

Przy stole siedziała Lina, a obok niej starsza kobieta o surowej, nieco zapadniętej twarzy i siwych, starannie upiętych włosach. Obrzuciła wchodzących przenikliwym, oceniającym spojrzeniem.

Lina posłała im szybki, nerwowy uśmiech.

– No, nareszcie. Siadajcie.

Pośpiesznie przedstawiła starszą kobietę jako panią Alveron, po czym wróciła do jedzenia, pochłaniając kolejne porcje w tempie, które wyraźnie nie podobało się gospodyni. Pani Alveron nie powiedziała ani słowa, ale co jakiś czas zerkała na Linę z cieniem nagany w oczach.

Zelgadis przywitał się grzecznie i zajął miejsce, chociaż apetyt całkowicie go opuścił.

Zanim zdążył odsunąć talerz, Nirali, przewidując jego reakcję, nałożyła mu porcję i spojrzała na niego znacząco.

Westchnął cicho i sięgnął po sztućce.

Nikt nie mówił.

W końcu ciszę przeciął chłodny, pełen goryczy głos pani Alveron:

– Nie wierzę w to – powiedziała powoli, ważąc każde słowo. – Nie wierzę, że księżniczka naprawdę wróciła do tego potwora z własnej woli.

Zelgadis zamarł, a Nirali, Gourry i Lina spojrzeli na nią z napięciem.

– Książę Lenos to morderca – ciągnęła, zaciskając palce na sztućcach. – To przez niego straciłam męża. To przez niego Saillune jest teraz pełne strachu.

Każde jej słowo było nasycone goryczą i żalem.

– A księżniczka Amelia… Jej rządy doprowadziły kraj do ruiny. Była zbyt młoda. Zbyt naiwna. Gdyby miała w sobie, choć odrobinę honoru, walczyłaby dalej. A ona co zrobiła? Poddała się. Poddała całe królestwo.

Słowa kobiety odbiły się echem w jadalni.

– Teraz nie ma już nadziei – kontynuowała pani Alveron, kręcąc głową. – Żaden mag nam już nie pomoże. Saillune jest stracone!

Nirali skrzywiła się, Gourry przestał jeść i spojrzał ukradkiem na Linę, jakby oczekiwał, że to ona się odezwie. Ale Lina milczała.

Zelgadis poczuł, jak jego szczęka zaciska się sama z siebie.

– Nic pani nie wie o Amelii – powiedział w końcu cicho.

Pani Alveron podniosła na niego spojrzenie.

– Panienka Lina już mi wyjaśniła, kim pan jest. – Głos kobiety pozostał spokojny, ale w jej oczach czaiła się lodowata ocena. – Magiem. Najemnikiem z dalekiego kraju.

Jej wzrok prześlizgnął się po nim uważnie, jakby ważyła jego wartość.

– Co też pan może wiedzieć o księżniczce Amelii?

– Więcej niż pani myśli.

Pani Alveron zmarszczyła brwi, odłożyła nóż i widelec na talerz z dokładnością osoby przyzwyczajonej do etykiety.

– Nie sądzę – powiedziała z wymuszoną uprzejmością.

Zelgadis skrzywił się lekko, ale powstrzymał wybuch.

– Amelia nie jest osobą, którą można tak pochopnie osądzić.

– Pochopnie? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Widzę skutki jej decyzji, młody człowieku. Tyle mi wystarczy.

– Widzi pani tylko to, co chce zobaczyć.

Pani Alveron zmrużyła oczy.

– Aż chciałoby się powiedzieć, że musiałby pan być w niej zakochany, żeby tak jej bronić.

Zelgadis nie drgnął, ale poczuł, że jego twarz robi się gorąca.

Nie odpowiedział.

Pani Alveron spojrzała na niego uważnie, próbując ocenić, czy naprawdę mogła mieć rację. Przez krótką chwilę jej twarz nie zdradzała żadnych emocji.

A potem parsknęła śmiechem.

– Oho. – Jej spojrzenie nabrało nowego wyrazu. – Pan naprawdę…?

Zelgadis zerknął kątem oka na Nirali, posyłając jej spojrzenie z serii „A nie mówiłem?”.

Pani Alveron pokręciła głową, a potem zaczęła się śmiać.

– Nie, to niedorzeczne.

Zelgadis wbił wzrok w talerz.

– Księżniczka i ktoś taki jak pan? – Jej śmiech był pełen politowania. – To nawet nie jest zabawne, to po prostu absurdalne.

Milczał, wiedząc, że jego policzki z pewnością były już czerwone.

– Takie rzeczy zdarzają się tylko w bajkach, młodzieńcze. Nie w prawdziwym życiu. Etykieta i królewskie protokoły nigdy by na to nie pozwoliły. To byłby skandal!

I wtedy rozległ się głośny brzęk metalu uderzającego o drewno.

Nirali odłożyła widelec z impetem na stół.

– Nie ma pani prawa tak mówić – warknęła.

Pani Alveron spojrzała na nią zaskoczona, ale Nirali nie zamierzała przestać.

– Nie wie pani nic o moim bracie! Nic o Amelii! I nic o tym, co dla siebie znaczą!

Zapanowała długa, ciężka cisza, którą przerwało znaczące chrząknięcie Liny. Czarodziejka otarła usta, po czym spojrzała przenikliwie na starszą kobietę.

– Pani Alveron, wiem, że straciła Pani męża, ale to nie Amelia jest za to odpowiedzialna. To wszystko ten padalec – Ravi Lenos. Zanim zaczęła Pani swoją tyradę i obrażanie moich przyjaciół, chciałam Pani powiedzieć, że Amelia ma plan. Nie potrzebujemy pomocy innych magów. Proszę pozwolić nam tu zostać, aż do dnia ślubu. Wtedy to wszystko się skończy – stwierdziła poważnie i pomimo wyraźnego napięcia, starała się zwracać do kobiety z szacunkiem.

Pani Alveron pokręciła głową wyraźnie zmieszana.

– Plan? Bardzo dobrze, mam tylko nadzieję, że tym razem wasza księżniczka was nie wystawi – stwierdziła gniewnie, wstając. – Macie czas do ślubu, później proszę opuścić moją posiadłość.

Lina posłała jej chłodny, uprzejmy uśmiech.

– Tak będzie.

Starsza kobieta bez słowa opuściła jadalnię.

– Wredne babsko… – Lina westchnęła głośno, odchylając się na krześle.

– Dlaczego jej na to pozwoliłaś? – zapytał Gourry, zwracając się do przyjaciółki.

Lina uśmiechnęła się pobłażliwie.

– A wolałbyś przez najbliższe dni planować wszystko i spać w jakiejś stajni? – zapytała retorycznie. – Jaka by nie była, nie obchodzą mnie jej poglądy, dopóki pozwala nam tu mieszkać i nas karmi.

– Posunęła się za daleko… – mruknęła nieprzekonana Nirali.

– Być może. Zel, żyjesz?

– Przestańcie się użalać. Lina ma rację, a ja nie jestem dzieckiem… – odburknął zawstydzony, kiedy rozległo się głośne pukanie we frontowe drzwi.

***

Jedno ze zdań, które w tym rozdziale wypowiada Nirali do Zelgadisa jest w istocie refrenem piosenki, która towarzyszyła mi w trakcie pisania. Ale siadło tak mocno, że nie mogłam się powstrzymać przed przetłumaczeniem i wpleceniem w tekst. ^^

Updated: 3 Marzec 2025 — 11:30

2 Comments

Add a Comment
  1. Nom, akurat miałam lekturę w trakcie powrotu od teściów :D.

    Rozdział bardzo dobry! Czytało się doskonale! Spodziewałam się, że Ravi nie uwierzy w „przedstawienie”, ale faktycznie jest to postać, która budzi niepokój. Naprawdę przez chwilę się obawiałam, że jednak ktoś z grupy został złapany. Amelia radzi sobie absolutnie fantastycznie! Jestem z niej dumna, jak dojrzała :).

    Natomiast Zeluś wciąż się mierzy ze swoimi demonami. Kwestia „– To, że może przestań traktować siebie jak kogoś, kto nic nie znaczy.” doskonale przedstawia, jakie zadanie Zelgadis ma jeszcze przed sobą. Bardzo naturalnie powrócił ten konflikt, gdy Amelia musiała podjąć decyzję jako królowa, nie tylko jako kochająca kobieta. Użycie pani Alveron jako wypowiedzenie opinii ludu, jak Amelia może być postrzegana, jest bardzo trafny i udany. Ładnie zarysowuje obraz wątpliwości. No i Nirali jest bardzo spoko siostrą ^^.

    1. Cieszę się, że mogłam umilić ci podróż. ;D
      Przyznaję, że w tej drugiej części chciałam postawić nieco bardziej na Amelię. Byłoby to raczej nudne, gdyby to znowu Zelgadis po prostu ją ratował. Niech spróbuje zawalczyć o siebie. 😀 Poza tym, nie wyobrażam sobie, aby po tym wszystkim, co się wydarzyło, po wojnie i Ravim, była dalej tą samą Amelią, co kiedyś. Musiała nauczyć się brać sprawy w swoje ręce, chociaż nie zawsze jej to idealnie wychodzi.
      Co do Zelgadisa, czułam, że ten konflikt powinien w jakiś sposób powrócić, no i nie mógłby przecież w spokoju czekać na wieści od Amelii. Nie chcę go przesadnie dramatyzować, ale też nie uwierzę, że pozbył się wszystkich swoich obaw po odzyskaniu ciała i pogłębieniu relacji z Amelią. Na szczęście ma siostrę, która tak, jest naprawdę spoko, haha. Ale spokojnie, Zel będzie miał „swój moment” w tej historii. :)
      Pani Alveron właśnie taką miała pełnić funkcję więc fajnie, że to jakoś wybrzmiało. ^^
      Dziękuję <3

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2018 Frontier Theme