Cz. 2 – Rozdział XVII

„Koszmar z przeszłości”

Saillune, pół roku temu…

Chociaż od tamtej pamiętnej nocy minęło prawie pół roku, Amelia nie potrafiła zapomnieć. Przypominała sobie za każdym razem, widząc puste miejsca przy stole obrad, twarze nowych służących czy puste domy, które mijała na ulicach Saillune.

W noc przed planowanym atakiem na wojska Elmekii coś wdarło się do stolicy Saillune… Większość żołnierzy była wtedy na froncie, szykując się do bitwy i chociaż Amelia wiedziała, że nie mogła nic zrobić, nie sprawiało to, że czuła się mniej winna.

Kiedy otrzymali wiadomość, Lina natychmiast wyruszyła na pomoc. Przybyła jednak zbyt późno, aby ochronić miasto, chociaż na tyle wcześnie, aby zobaczyć ten koszmar na własne oczy. Opisując potem te wydarzenia, mówiła cicho, niemal szeptem, jakby same słowa mogły przywołać na nowo te mroczne istoty.

Potwory, które nawiedziły Saillune, nie miały kształtu, jaki można było zrozumieć. Lina opisała je jako cienie bez formy, wirujące kłębowisko dymu, które sunęło ulicami jak żywa, mroczna woda. Z daleka wyglądały jak smolista powódź, która zalewała całe miasto. Ale gdy ktoś spojrzał na nie z bliska… Ci, którzy się odważyli, dostrzegali swoje największe lęki, materializujące się tuż przed nimi.

Lina opowiadała o żołnierzu, który zatrzymał się, sparaliżowany na środku ulicy, tylko po to, by upaść na kolana i krzyczeć bez opamiętania.

„Widział swoją martwą żonę”, wyjaśniła Lina, a jej twarz na chwilę stężała, jakby i ją nawiedzały wspomnienia. „Ale kiedy do niego pobiegłam, nikogo tam nie było… tylko cień, który rozrywał jego ciało kawałek po kawałku”.

Inny mężczyzna rzucił się w ogień, przekonany, że jego syn utknął w płonącym domu.

Potwory miały nieopisany dar. Były jak lustro, które wyciągało z ludzi ich najmroczniejsze sekrety i lęki, a potem rzucały je im prosto w twarz.

Amelia poczuła, jak zimny dreszcz przeszywa jej ciało na myśl o tych stworzeniach. Nagle zrozumiała, dlaczego Lina mówiła o nich z takim lękiem. Jak walczyć z czymś, czego nie możesz dotknąć, zniszczyć ani nawet zrozumieć? Z czymś, co zna twoje najgłębsze, najbardziej skrywane słabości?

Lina wspominała, że kiedy dotarła na miejsce, było już prawie po wszystkim. Ulice pokryły się ciałami. Większość zginęła rozerwana na strzępy przez coś, co przypominało setki ostrych pazurów, a inni sami pozbawili się życia, ogarnięci nagłym szaleństwem.

Czarodziejka próbowała wszystkiego, co miała w swoim arsenale, ale nic nie zdawało się działać. Każda kula ognia, każde uderzenie energii po prostu przechodziło przez potwory, jakby były jedynie koszmarem zrodzonym z najczarniejszych snów.

„W końcu zrozumiałam”, stwierdziła Lina. „Jedyne, co mogłam zrobić, to dać ludziom trochę czasu, zanim i mnie dopadną. Musieliśmy uciekać… A ci, którzy zostali w tyle…”

Lina nie dokończyła, ale Amelia wiedziała. Widziała to w oczach swojej przyjaciółki – wspomnienie twarzy tych, którzy zostali pochłonięci przez mrok, straceni na zawsze w odmętach własnych lęków.

Wraz z nadejściem świtu, potwory same odeszły.

Skąd przybyły i czym właściwie były? Tego nie wiedzieli.

Amelia odetchnęła głęboko, otwierając oczy i spoglądając na rozległy cmentarz. Zbudowano go dawno temu, poza murami obronnymi Saillune. To właśnie tutaj pochowano większość ofiar tamtej nocy, a na pamiątkę tego wydarzenia, postawiono wielki pomnik. Składał się z dwóch elementów – potężnego bloku kamienia, na którym wyryto nazwiska wszystkich poległych oraz rzeźbionej spirali, umieszczonej na szczycie, mającej symbolizować nieprzerwane życie w chaosie.

Chłodny powiew sprawił, że Amelia skuliła się lekko, obejmując ramionami. To nie tak, że lubiła tu przychodzić. Robiła to, żeby pamiętać. Zwłaszcza w paskudnych sytuacjach, w których miałaby ochotę po prostu rzucić to wszystko i uciec gdzieś daleko… To przypominało o ciążącej na niej odpowiedzialności za życie pozostałych mieszkańców Saillune.

Pocierając zdrętwiałe ramiona, ruszyła powoli w głąb cmentarza. Był jeszcze jeden grób, który planowała dziś odwiedzić.

Znajdował się nieco dalej, w starszej części obiektu, gdzie chowano najbardziej zasłużonych oraz członków rodziny królewskiej.

Mauzoleum było majestatyczną, kopułową budowlą z białego marmuru, którego powierzchnię zdobiły ręcznie rzeźbione herby królewskiego rodu Saillune. Wysokie filary podtrzymywały wejście, a nad portalem wyryto inskrypcję: „Tu spoczywają dobro i sprawiedliwość”.

Wewnątrz panował chłodny półmrok, rozświetlany jedynie przez magiczne kryształy zawieszone w kopule, które rzucały delikatne, tęczowe refleksy na ściany. W centralnej części znajdowały się dwa bogato zdobione sarkofagi, ustawione obok siebie. Każdy był inkrustowany złotem i lapis lazuli, z wizerunkami jej rodziców uwiecznionymi na wiekach w spokojnych, dumnych pozach.

– Cześć tato, mamo… – przywitała się Amelia, patrząc na portrety rodziców. – Przepraszam, że ostatnio was nie odwiedzałam.

Usiadła, opierając się plecami o grób ojca i wlepiając spojrzenie w połyskujące przy suficie kryształy. Z początku żałowała, że poznała swoje wspomnienia, bo wraz z nimi pojawiła się także tęsknota. Szczególnie za ojcem, bo to właśnie z nim dzieliła najwięcej ze swojej rodzinnej przeszłości. Czasami myślała, że łatwiej było po prostu nie pamiętać, ale szybko karciła się w duchu, wiedząc, że jej rodzice przecież zasłużyli na coś więcej. Właściwie to Zelgadis pomógł jej to zrozumieć. Uśmiechnęła się lekko, przypominając sobie jedno z widzianych ostatnio wspomnień.

To było tuż po tym, kiedy Kazuki skłamał na temat Księgi Chaosu, mówiąc, że z jej pomocą mogłaby przywrócić matce życie. Zelgadis znalazł ją wtedy płaczącą i jak zwykle, udając, że niczego nie dostrzegł, po prostu zaoferował swoje wsparcie. Rozmawiali wtedy o swoich rodzinach, a ona, rozżalona, uznała, że mu zazdrości, że nie pamięta swoich, zmarłych rodziców. Zapytał wtedy, czy ból, którego doświadczyła po stracie matki, był dla niej zbyt wygórowaną ceną za wszystkie inne, piękne wspomnienia… Nie, nie był oczywiście. Chciała pamiętać o tych wszystkich innych, dobrych rzeczach. To sprawiało, że czuła się kochana…

– Ostatnio sporo się działo… – zaczęła cicho. – Starałam się utrzymać linię frontu tak długo, jak się dało, ale… Wszystko się skomplikowało, tato. – Milczała przez dłuższą chwilę, zbierając myśli. – Tamta przeklęta noc! Najpierw te potwory w stolicy i zupełnie nie wiem skąd się wzięły ani czym były. Zginęło mnóstwo ludzi, w tym także twoich dawnych przyjaciół, członków rady i królewskich magów. Pewnie zdążyli ci już przekazać, że jestem beznadziejną następczynią – zaśmiała się gorzko. – W dodatku atak na froncie okazał się kompletną porażką. Zupełnie jakby ktoś szpiegował dla Elmekii i zdradził cały nasz plan. Ale to przecież niemożliwe! Żołnierze nie dostali przed bitwą żadnych, konkretnych instrukcji, a mimo to wróg wydawał się doskonale wiedzieć, co zrobimy. – Amelia urwała, zdenerwowana. – Albo po prostu plan był na tyle kiepski, że łatwo było przewidzieć nasze ruchy, a ja pewnie popadam w paranoję.

Przyciągnęła kolana do piersi, opierając na nich głowę. Faktycznie, od czasu do czasu rozważała tę możliwość, ale myśl o tym, że ktoś mógłby spiskować z wrogiem… Nie, nie potrafiła sobie wyobrazić, że ktoś mógłby dobrowolnie skazać tak wielu rodaków na śmierć. To po prostu ona nie potrafiła myśleć strategicznie i zadbać o bezpieczeństwo swoich ludzi.

– Naprawdę się starałam, tato. Ale Elmekia napierała coraz bardziej, zmuszając nasze wojska do wycofywania się w głąb kraju. To po prostu nie miało sensu. A kiedy żołnierze dowiedzieli się o tym, co wydarzyło się w stolicy, morale spadły do zera. Ludzie szeptali między sobą o dezercji, a ja nie wiedziałam, co robić… Arion cały czas mnie namawiał na małżeństwo z księciem Lenos. Och, nie wspomniałam o tym wcześniej? – uprzytomniła sobie nagle, ponownie podnosząc głowę. – Sama nie wiem, dlaczego książę chciałby mnie poślubić. Lina mówi, że to dlatego, że Saillune było niegdyś potężne i posiada wiele zasobów. Sama nie wiem, może i tak jest. Nie chciałam tego… Dobrze wiesz, co czułam do Zelgadisa i to się nie zmieniło.

Tańczące na suficie kryształy przybrały nagle odcień czerwieni, rzucając na ściany smugi światła, przypominające płomienie. Niemal natychmiast pomyślała o swojej wizji. O Saillune trawionym ogniem i księciu Lenos, który połączył siły z Elmekią, aby ich zniszczyć.

– Ale Zelgadisa tu nie ma, a ja musiałam ratować Saillune – stwierdziła twardo. – To dlatego musiałam się zgodzić na to małżeństwo. Więc cóż, chyba możecie mi pogratulować z okazji zaręczyn? – zapytała retorycznie, starając się przybrać lekki ton, jednak nie mogła ukryć żalu i złości, które odczuwała.

Kryształy przy suficie przybrały barwę spokojnej zieleni. Amelia uśmiechnęła się smutno, zupełnie jakby mógł być to znak od jej rodziców.

– Książe Lenos dziś przybędzie do Saillune i wtedy oficjalnie ogłoszą nasze zaręczyny. Jeśli Arion ma rację, to będzie równoznaczne z zakończeniem wojny i wycofaniem się Elmekii. Elmekia nie odważy się wystąpić przeciwko niemu. Mam nadzieję, że z czasem nauczę się… żyć z nim – dodała cicho, ponownie milknąc na dłuższą chwilę. – Nie powiedziałam o tym Linie i Gourry’emu. Chyba bałam się, jak zareagują i że spróbują mnie odwieść od tego pomysłu. Lina cały czas wierzy, że Zelgadis w końcu wróci…

Amelia westchnęła zmęczona, pocierając skronie. Podniosła się powoli, opierając dłoń na zimnym marmurze sarkofagu ojca.

– Musicie mi wybaczyć, jeśli podjęłam złą decyzję – szepnęła. – Nie wiem, czy to, co robię, naprawdę ocali Saillune…

Raz jeszcze spojrzała na uwiecznione wizerunki rodziców, szukając w ich twarzach pocieszenia. Nie była pewna, czy czuła się lepiej po wizytach w tym miejscu. Z jednej strony tylko tu mogła zdobyć się na całkowitą szczerość. Z drugiej oznaczało to przyznanie się przed rodzicami do własnych błędów i lęku, że kiedyś nad jej grobem pojawi się inskrypcja: „Tu spoczywa najgorsza królowa Saillune”.

Gdy opuściła mauzoleum, światło dnia wydawało się ostre. Po chwili usłyszała szybkie kroki. Arion zbliżał się z ponurym wyrazem twarzy.

– Wasza Wysokość, książę Lenos właśnie przybył do pałacu. Oczekuje Pani na audiencji.

Amelia spojrzała na niego i skinęła głową. Jej ręce drżały i chociaż był listopad, to wcale nie zimno było tego przyczyną.

Zanim wróciła na zamek, księcia wraz z jego świtą, zakwaterowano w komnatach gościnnych. Poinformowano ją, że mają się spotkać o dwunastej w sali przyjęć, gdzie zostaną sobie oficjalnie przedstawieni. Było kilka minut po jedenastej, kiedy dotarła do swoich komnat. Miała wystarczająco dużo czasu, aby poprawić strój i fryzurę, które przygotowano dla niej rano. Kiedy była gotowa, z kamiennym wyrazem twarzy, ruszyła wraz z Arionem w umówione miejsce.

– Wasza Wysokość, pragnę zauważyć, że pięknie Pani wygląda. Książę Lenos z pewnością będzie Waszą Wysokością oczarowany – stwierdził radośnie Arion.

Amelia skrzywiła się nieznacznie.

– Dziękuję, Arionie.

– Bardzo się cieszę, że Wasza Wysokość w końcu zgodziła się na to małżeństwo. Jak tylko ogłosimy oficjalne zaręczyny, jestem pewien, że Elmekia wycofa swoje wojska, a Saillune znowu będzie bezpieczne – paplał dalej jej doradca.

Chciała przytaknąć i naprawdę chciała w to wierzyć, jednak jakieś wewnętrzne przeczucie sprawiało, że nie potrafiła. Ravi Lenos. Ona nawet nic nie wiedziała o tym człowieku. A co jeśli wcale nie miał dobrych intencji? I nagle w jej głowie zrodził się pewien plan. Mogłaby skorzystać ze swojej mocy i podejrzeć jego przeszłość. Ćwiczyła to kilka razy z Liną, dowiadując się przy okazji, że jej siostra była naprawdę przerażająca, więc dlaczego nie miałoby się udać tym razem? Wystarczył lekki dotyk i skierowanie uwagi w odpowiednią stronę… Co prawda Lina ostrzegała ją, aby bez powodu nie grzebała ludziom w głowach i sama nie uważała tego za szczególnie moralne, ale w tych okolicznościach… Chyba miała wystarczająco dobre usprawiedliwienie?

Kiedy wraz z Arionem i kilkoma żołnierzami, wkroczyli do sali przyjęć, oczekujące na nich osoby poderwały się z miejsc. Amelia szybko prześlizgnęła się wzrokiem po nieznajomych twarzach. Ośmiu żołnierzy, trochę służby… Zatrzymała się na postaci stojącej pośrodku zgromadzenia. Ravi Lenos był przystojny, co musiała przyznać. Śniada cera ludzi z wybrzeża, ciemne włosy i oczy, które teraz wpatrywały się w nią z uwagą.

– Mam zaszczyt przedstawić Państwu, władczynię Saillune, księżniczkę Amelię Will Tesla Saillune – zaanonsował głośno Arion.

Mężczyzna, stojący do tej pory obok księcia, wystąpił naprzód. Dopiero teraz Amelia przyjrzała mu się bliżej, dostrzegając jego podobieństwo do samego księcia, jednak twarz tego mężczyzny znaczyły liczne, brzydkie blizny, wyglądające na oparzenia.

– Wasza Wysokość, nazywam się Kilian Lenos. Mam zaszczyt przedstawić księżniczce mojego brata, władcę Rimy, księcia Raviego Lenos.

„Ach! Więc to młodszy brat księcia” – pomyślała, wnioskując, że skoro go przedstawiał, to najpewniej był także jego najbliższym doradcą.

Ravi Lenos skłonił się lekko, z uśmiechem, który wydawał się równie szczery, co wyrachowany. Amelia odpowiedziała formalnym skinieniem głowy, starając się, by jej twarz nie zdradzała emocji.

– Wasza Wysokość – zaczął Ravi głębokim, melodyjnym głosem. – To zaszczyt móc osobiście poznać księżniczkę, o której sławie słyszałem w całym Sojuszu Przybrzeżnym.

– Książę Lenos – odpowiedziała chłodno, starając się nadać tonowi odpowiedni dystans. – Również jestem zaszczycona waszą wizytą w Saillune.

Atmosfera w sali była napięta. Arion uśmiechał się szeroko, wyraźnie zadowolony, podczas gdy żołnierze i służba obserwowali każde słowo i gest. Amelia zauważyła jednak, że spojrzenie Raviego, choć uprzejme, było przenikliwe, jakby już analizował każdy jej ruch.

„Teraz albo nigdy” – pomyślała, zbliżając się na krok do księcia.

– Słyszałam, że podróż z Rimy jest długa i wyczerpująca. Mam nadzieję, że niczego wam nie brakowało podczas drogi? – Uśmiechnęła się delikatnie, unosząc dłoń i pozwalając, aby Ravi złożył na niej skromny, zwyczajowy pocałunek.

Chwila kontaktu była krótka, ale dla Amelii wystarczyła. Skupiła się, pozwalając swojej mocy przepłynąć przez nią. Obrazy z przeszłości Raviego wdarły się do jej umysłu jak otwarte księgi.

Pierwsza scena rozgrywała się w pięknej, bogato zdobionej komnacie, wyglądającej na pokój dzienny. Ravi i Kilian siedzieli naprzeciw siebie, pochyleni nad szachownicą.

Ravi uniósł wzrok znad figur, opierając brodę na dłoni.

– Zastanawiałeś się kiedyś, co naprawdę stało się z Shabranigdo po jego porażce z Boskim Smokiem?

Kilian spojrzał na brata, marszcząc brwi.

– Dlaczego o to pytasz? To starożytne legendy, nic więcej.

Ravi uśmiechnął się lekko, niemal drapieżnie.

– Legendy, które mają w sobie więcej prawdy, niż sądzisz. Ostatnio… zgłębiłem ten temat. Wiesz, co odkryłem? Fragmenty Shabranigdo wciąż istnieją. Gdybyśmy jeden z nich odnaleźli… moglibyśmy spróbować go ożywić.

Kilian wciągnął gwałtownie powietrze.

– Ożywić? Ravi, żartujesz, prawda? Dlaczego w ogóle rozważasz coś takiego? To szaleństwo!

Ravi opadł z powrotem na krzesło, stukając lekko palcami o krawędź stołu.

– Szaleństwo? Nasza rodzina od pokoleń zawierała pakty z demonami, bracie. Czarna magia to nasza spuścizna. Wyobraź sobie, co moglibyśmy osiągnąć z taką siłą po naszej stronie.

Kilian odsunął się nieznacznie, a jego oczy rozszerzyły się w panice.

– To co innego! Pomniejsze demony? Jasne. Ale Shabranigdo? Jeśli naprawdę planujesz to zrobić, powiem o tym rodzicom! Nigdy więcej nie dopuszczą cię do Czarnej Księgi!

Ravi zmrużył oczy, jego uśmiech zbladł.

– Lepiej, żebyś tego nie robił – powiedział cicho, a jego głos przeszył powietrze jak ostrze. – Chyba nie chcesz, żeby stało się coś… złego.

Kilian zamarł, patrząc na Raviego, jakby widział go po raz pierwszy. Mrok w oczach starszego brata zdawał się głębszy niż ciemność za oknami.

Obraz zawirował, zmieniając się w kolejną scenę, zanim Amelia zdążyła choćby zastanowić się nad tym, co usłyszała.

Dwóch braci w otwartej, mrocznej sali, pełnej złowieszczego półmroku.

– Przyznaj się! – wykrzyknął Kilian, z dłonią zaciśniętą na rękojeści miecza. – To ty ich zabiłeś! Rodzice nigdy nie poparliby twojego szalonego planu! Wiedzieli, co planujesz i dlatego odmówili ci dostępu do Czarnej Księgi!

Ravi zmrużył oczy, uśmiechając się lekko, z rozbawieniem.

– Drogi bracie, czy naprawdę myślisz, że miałbym coś wspólnego z zatonięciem statku naszych rodziców? – powiedział powoli, ważąc każde słowo. – To był tragiczny wypadek.

– Wypadek?! – powtórzył Kilian, niemal drżąc z wściekłości. – A te twoje „przypadkowe” rozmowy z tymi czarnoksiężnikami? Ciągle knułeś coś za ich plecami! To wszystko twoja sprawka! Jesteś szalony!

Ravi podszedł bliżej, nie tracąc opanowania, jego ton stał się lodowaty.

– Szalony? Nie. Jestem raczej wizjonerem. To ty nigdy nie potrafiłeś zrozumieć, czym jest prawdziwa potęga.

Kilian cofnął się o krok, patrząc z przerażeniem na brata. Ravi za to uśmiechnął się szerzej, przechylając głowę.

– Powiem ci jedno, bracie. Morze to niebezpieczne miejsce… Ale są rzeczy znacznie bardziej niebezpieczne niż fale.

Kilian zamarł, a powietrze między braćmi zgęstniało. Ravi nie musiał mówić wprost, ale w jego słowach i spojrzeniu kryła się wyraźna groźba.

Amelia poczuła, jak fale mdłości rozchodzą się po jej ciele, gdy obrazy ponownie się zmieniły. Tym razem znalazła się w mrocznym, dusznym pomieszczeniu z surowymi, kamiennymi ścianami, które zdawały się pochłaniać każdy dźwięk. Powietrze wypełniał ostry zapach wilgoci i czegoś trudnego do określenia, przypominającego gnijące mięso.

Na środku podłogi widniał magiczny krąg, lśniący pulsującą, krwistą czerwienią. Rytmiczne światło oświetlało runy i symbole, które dla Amelii były całkowicie niezrozumiałe, a mimo to budziły instynktowny lęk. Pośrodku kręgu spoczywała bezkształtna, pulsująca masa, której ruchy przypominały nieskoordynowane drgawki. Było w niej coś obcego i złowrogiego, jakby sama jej obecność naruszała naturalny porządek świata.

Przy stole, oświetlonym słabym światłem magicznych lamp, Ravi pochylał się nad masywną księgą. Studiował stronę za stroną z nienaturalną intensywnością, a jego cichy szept powtarzał słowa, brzmiące jak bluźniercze zaklęcia.

Z ciemnego kąta komnaty dobiegło ciche, drżące szlochanie. Amelia odwróciła wzrok i dostrzegła kobietę, przykucniętą na podłodze, skutą ciężkimi łańcuchami. Jej blade dłonie kurczowo zaciskały się na zimnych kamieniach, a po drobnej twarzy spływały łzy.

– Błagam, książę… Proszę, wypuść mnie…

Ravi nawet na nią nie spojrzał. Jego usta wygięły się w ledwie zauważalnym uśmiechu, gdy przerzucał kolejną stronę.

– Cicho – powiedział chłodno, nie odrywając wzroku od księgi. – Twoje poświęcenie będzie znaczące. Powinnaś czuć się zaszczycona.

Kobieta załkała jeszcze głośniej, a Amelia poczuła, jak jej serce ściska się w piersi.

Przez kolejną chwilę, która dla Amelii zdawała się rozciągać w nieskończoność, Ravi wpatrywał się w księgę. W końcu zamknął ją z głuchym trzaskiem i odwrócił się w kierunku kobiety. W dłoni trzymał nóż, którego ostrze odbijało nikłe, pulsujące światło magicznego kręgu.

– Naprawdę jesteś irytująca – stwierdził cicho, z nutą rozbawienia. – Może potrzebujesz pocieszenia. Wiesz… mógłbym sprawić, że poczujesz się… lepiej. Przed śmiercią.

Kobieta wciągnęła powietrze, jej oczy rozszerzyły się w czystej panice. Zaczęła szarpać się w łańcuchach, desperacko próbując się uwolnić, ale metal nie ustępował, a jej ruchy wydawały się tylko wzmacniać echo w ciasnym pomieszczeniu.

– Proszę… nie…

Ravi powoli ruszył w jej kierunku. Na jego twarzy malował się niepokojący spokój. Po drodze sięgnął do pasa, rozpinając spodnie z leniwą, niemal teatralną precyzją. Kobieta zaczęła krzyczeć, ale Ravi nie zwolnił kroku. Jego cień, wydłużony i zniekształcony, padał na kamienne mury, przypominając pochłaniający wszystko mrok.

– Wiesz… Zawsze mi się podobałaś, Gino.

Amelia odwróciła wzrok, zatykając uszy. Było jej niedobrze i czuła, że drży. W duchu błagała, aby Ravi przestał. Ale nie przestawał przez kolejne długie, długie minuty, kiedy mogła jedynie uciekać wzrokiem od tego koszmaru.

Kiedy w końcu skończył, ponownie sięgnął po nóż, rozcinając gardło kobiety. Intensywna czerwień zalała jej nagie ciało, które następnie rozkuł i rzucił w środek przygotowanego kręgu. Słowa zaklęcia miarowo sączyły się z jego ust, kiedy obserwował mięsistą masę, pochłaniającą ciało ofiary.

Masa zaczęła przybierać ludzkie kształty.

Amelia zamarła w szoku, kiedy tuż przed nią zmaterializowała się naga postać.

Kazuki wyprostował się dumnie, z uwagą studiując swoje nowe ciało, pokryte różowatym śluzem.

– Witaj, Lordzie Shabranigdo. – Ravi uśmiechnął się z satysfakcją.

Spojrzenie Shabranigdo przesunęło się na księcia.

– Ludzkie ciało? – Jego głęboki, rezonujący głos wypełnił pomieszczenie. – Dlaczego właśnie to?

Ravi, nadal uśmiechnięty, odpowiedział:

– Niestety, wybór był ograniczony. To ciało było… dostępne. Jednak zapewniam, że jest wystarczające.

Shabranigdo spojrzał na Raviego uważniej, próbując zrozumieć, z kim ma do czynienia.

– Kim jesteś, śmiertelniku?

– Ravi Lenos, dziedzic rodu Lenos i aktualny władca królestwa.

Shabranigdo zmrużył oczy, a jego usta wygięły się w ledwo zauważalnym uśmiechu.

– Lenos… – powtórzył wolno, jakby smakował to słowo. – Krew z mojej krwi. A więc, chłopcze, przebudziłeś mnie, czego chcesz w zamian?

Ravi wyprostował się, a jego głos był pełen pewności, gdy przemówił:

– Twojej mocy. Oddaj mi ją.

Na chwilę zapadła cisza, po czym Shabranigdo wybuchnął drwiącym śmiechem, który odbijał się od kamiennych ścian jak burza.

– Oddać ci moją moc? – zakpił, zbliżając się do krawędzi kręgu. – Czyżbyś mnie pomylił z innymi demonami, którym możesz rozkazywać? Ja jestem Shabranigdo, Władca Ciemności! Nie dzielę się potęgą.

Ravi zmarszczył brwi, w jego oczach pojawiło się zdumienie.

– Ale… przyzwałem cię! Powinieneś być mi posłuszny!

Shabranigdo spoglądał na niego z chłodną pogardą, a jego uśmiech stał się jeszcze bardziej kpiący.

– Ach, młody Lenos. Czyżbyś nie znał prawdy o swoim własnym rodzie? W waszych żyłach płynie moja krew. Dawno temu wasze kobiety mi uległy, a ich dzieci nosiły moje dziedzictwo. To ja stworzyłem waszą linię, a ty masz czelność sądzić, że możesz mnie kontrolować?

Zanim Ravi zdążył zareagować, Shabranigdo zrobił krok naprzód i bez wysiłku opuścił magiczny krąg. Linie runów zgasły, a czerwona energia rozpłynęła się w powietrzu. Ravi cofnął się, jego twarz pobladła.

– To… niemożliwe – wyszeptał.

Shabranigdo roześmiał się ponownie, a w jego śmiechu było coś głęboko złego.

– Jesteś zabawny, chłopcze. Ale za twoją służbę… – Nachylił się lekko w stronę księcia, a jego rubinowe oczy błysnęły groźnie. – Podaruję ci coś bezcennego. Daruję ci życie.

Ravi zacisnął pięści, jego ciało trzęsło się od gniewu i bezsilności, gdy Shabranigdo odwrócił się i zaczął kierować w stronę wyjścia, jakby wszystko, co się wydarzyło, było jedynie nic nieznaczącym przerywnikiem.

Amelia czuła, że ma dość, jednak kolejne obrazy płynęły nieprzerwanym strumieniem.

Tym razem, w środku tego samego magicznego kręgu, zobaczyła Xellosa. W przeciwieństwie do ostatniej sytuacji wyglądało na to, że nie było żadnej ofiary…

Ravi wyglądał na wściekłego.

– Więc?! – wrzasnął książę. – Dowiedziałeś się w końcu, co planuje Shabranigdo?!

Xellos skulił się, krzywiąc z bólu. Jego usta zacisnęły się w wąską linię, gdy próbował powstrzymać własne, zdradzające go słowa.

– Och, przestań wreszcie! – ryknął ponownie Ravi. – Myślałem, że mamy to już za sobą. Dobrze wiesz, że nie możesz mi się przeciwstawić. Zostałeś związany mocą tego kręgu i dopóki nie zechcę inaczej, będziesz wypełniał każde moje polecenie bez zająknięcia.

– Uh… – Xellos jęknął cicho, ostatecznie pozwalając sobie na odpowiedź. – Shabranigdo zmierza do Saillune.

– Do Saillune? Po co?

Xellos ponownie się zgiął, a Amelia miała wrażenie, że każda próba sprzeciwu wywoływała większą falę bólu.

– Myślę, że chce otworzyć Księgę Chaosu i przywołać Lorda piątego filaru.

– Co ty pleciesz? Jakiego znowu Lorda?!

Xellos wykrzywił usta w czymś, co zapewne miało przypominać kpiący uśmiech.

– Przecież nie mogę kłamać… Panie – wypluł ostatnie słowo, nie kryjąc obrzydzenia.

– Mów!

– Matka Koszmarów zapieczętowała piąty filar, gdy tamtejszy Lord o mało nie doprowadził do jej upadku.

– Przecież coś takiego jak piąty filar w ogóle nie istnieje! Wyjaśnij!

– Kilkanaście lat temu Matka Koszmarów wymazała z umysłów śmiertelników całą wiedzę na jego temat. Zapieczętowała filar, sprawiając, że wszyscy o nim zapomnieli. Shabranigdo podróżuje jako człowiek. Dotarł już do świątyni Saillune, jednak nie był w stanie samodzielnie złamać pieczęci. Potrzebna jest do tego odpowiednia osoba, o czystym sercu.

Ravi potarł skronie, intensywnie się nad czymś zastanawiając.

– Robi się coraz ciekawiej… – mruknął do siebie. – Dlaczego Shabranigdo chce przywołać tego Lorda?

– Są dwa powody. Po pierwsze może liczy na połączenie sił, a jeśli nie… – Xellos zawył głośniej, wyraźnie próbując się powstrzymać przed dalszą odpowiedzią, ale nie był w stanie. – Gdzieś w piątym filarze znajduje się najpotężniejszy z artefaktów. Łza Matki Koszmarów. Ten, kto zdobędzie Łzę, zawładnie potęgą samego chaosu – zakończył, dysząc ciężko.

Usta Raviego rozciągnęły się w drapieżnym grymasie.

– Cudownie… – skomentował z satysfakcją. – Czy Shabranigdo znalazł już odpowiednią osobę do otwarcia tego przejścia?

– Tak… Podróżuje z nim sama księżniczka Saillune wraz z grupą przyjaciół. Z jej pomocą powinien móc złamać pieczęcie…

– Księżniczka Saillune? A to dobre! – Ravi roześmiał się głośno. – Jest lepiej, niż zakładałem. Masz zdobyć dla mnie tę Łzę. Za wszelką cenę. Czy wyraziłem się jasno?

Xellos przytaknął niechętnie, wyraźnie niezadowolony z powierzonego mu zadania.

– Zabij wszystkich, którzy staną ci na drodze. Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz. Chcę mieć tę Łzę!

– Oczywiście… Panie.

– A teraz bierz się do roboty!

Amelia miała wrażenie, że świat w jej głowie właśnie wywrócił się do góry nogami. Nie mogła uwierzyć, że to wszystko prawda, ale przecież jej wizje nigdy nie kłamały… Przymknęła oczy, próbując uspokoić wewnętrzny chaosu, a gdy je otworzyła, ponownie zobaczyła Xellosa. Stał w tym samym kręgu, trzymając w dłoniach Łzę. Jego szaty były zakrwawione, a ona doskonale pamiętała, do kogo należała ta krew. Skrzywiła się, nagle w rozumiejąc, że w pewnym sensie to nawet nie była wina Xellosa. To Ravi od początku stał za tym wszystkim…

– Brawo, Xellosie. A teraz grzecznie oddaj Łzę.

Xellos posłusznie przekazał artefakt, który Ravi przejął z zachwytem. Obracał lśniący kryształ w dłoniach, napawając się jego widokiem, jednak pomieszczenie szybko zaczął ogarniać przenikliwy chłód. Książę zatoczył się w tył, łapiąc za pierś. Upuścił Łzę, która potoczyła się z głośnym łoskotem po podłodze.

– Co to ma znaczyć? – zapytał, łapiąc z trudem oddech.

Xellos patrzył na niego spokojnie, jakby spodziewał się tej reakcji. Zmrużył oczy, a jego usta drgnęły w szyderczym uśmiechu.

– Łza jest zbyt potężna, żebyś mógł z niej po prostu korzystać, „Panie” – odpowiedział spokojnie. – To energia, która może cię zniszczyć, jeśli nie będziesz ostrożny.

– Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś wcześniej?! – zasyczał, patrząc na Xellosa z gniewem.

Xellos zaśmiał się, wyraźnie rozbawiony.

– Nie pytałeś – odpowiedział, jakby to było najprostsze wytłumaczenie na świecie. – A teraz się skarżysz, jak dziecko, które odkryło, że zabawka nie działa, tak jak chciałeś.

Ravi zamknął oczy, zaciskając wargi i starając się odzyskać nad sobą kontrolę. Wciąż czuł na sobie ciężar mocy artefaktu.

– Co mogę z nią zrobić? – zapytał, chociaż wiedział, że odpowiedź nie będzie zadowalająca.

Xellos uniósł brwi, wyraz jego twarzy nieco spoważniał.

– Tylko jedna osoba może kontrolować Łzę. Księżniczka Amelia – odpowiedział niechętnie.

– Dlaczego ona?

– Po jej spotkaniu z Shabranigdo, mroczny Lord naznaczył ją swoją energią, żeby łatwiej mógł nią manipulować. Nie przewidział jednak, że w tym przypadku dojdzie do fuzji jej czystej energii z jego mroczną. Amelia stała się… czymś więcej. Jest kolejnym profetą, osobą zdolną kontrolować moc chaosu.

Ravi wrzasnął wściekle, kopiąc Łzę w odległy róg pomieszczenia.

– To znaczy, że bez Amelii Łza jest całkowicie bezużyteczna!

– Zgadza się – odparł Xellos z wyraźnym zadowoleniem.

– W takim razie… – Ravi uniósł głowę, mierząc demona chłodnym spojrzeniem. – W takim razie zmuszę ją, aby pomogła mi kontrolować Łzę. Nawet jeśli miałbym spalić całe Saillune.

– Ale… – spróbował Xellos, wyraźnie zdziwiony, jednak zanim dokończył, Ravi ponownie wpadł mu w słowo.

– Stworzę królestwo tak potężne, że cały kontynent padnie przede mną na kolana! Sprawię, że Amelia nie będzie miała żadnego wyboru. Uwierz mi, znam wiele ciekawych sposób – warknął.

Amelia cofnęła dłoń gwałtownie, niemal tracąc równowagę. Książę spojrzał na nią z lekkim zaskoczeniem, które szybko ukrył za maską uprzejmości.

– Wasza Wysokość, czy wszystko w porządku? – zapytał, a jego głos był pełen troski.

Amelia zmusiła się do słabego uśmiechu. Jednocześnie poczuła ściekającą z nosa krew. Niemal natychmiast Arion podbiegł do niej, oferując chusteczkę.

– Proszę wybaczyć, to tylko chwilowe zmęczenie. Jej Wysokość Amelia, ma za sobą kilka wyjątkowo trudnych miesięcy.

– Oczywiście, rozumiem – przyznał Ravi, przyglądając się jej podejrzliwie. – Mam nadzieję, że kiedy oficjalnie ogłosimy nasze zaręczyny, problemy Saillune nareszcie się zakończą.

Amelia zbladła, nie będąc w stanie wydusić z siebie odpowiedzi. Świeżo ujrzane sceny raz za razem zalewały jej umysł, podsuwając na powierzchnię coraz więcej faktów i nowych podejrzeń. Czy Ravi mógł stać również za wojną z Elmekią albo zesłaniem tych potworów na Saillune? Będzie musiała się tego dowiedzieć przy ich kolejnym spotkaniu!

Ravi nagle odchrząknął znacząco, kierując spojrzenie na przedramiona Amelii, kiedy ocierała krew z twarzy.

– Nie chciałbym być nieuprzejmy, ale te blizny nie wyglądają dobrze i nie świadczą najlepiej o księżniczce – wyjaśnił spokojnie. – Chciałbym, aby od tej pory księżniczka, na spotkaniach ze mną miała ubrane rękawiczki – stwierdził, zwracając się do Ariona.

Była tak zszokowana jego prośbą, że nawet nie zdążyła zaprzeczyć, kiedy jej doradca posłusznie przytaknął.

– Oczywiście. A teraz proszę o wybaczenie, księżniczka najwyraźniej nie czuje się dziś najlepiej. Odprowadzę ją do jej komnat.

– Oczywiście.

Zanim wyprowadzono ją z sali, zdążyła jeszcze pochwycić zmartwione spojrzenie Kiliana, który jako jedyny zdawał się patrzeć na nią z prawdziwą troską…

Arion nie odzywał się w drodze do jej komnat. Najwyraźniej nie był zadowolony z przebiegu ich pierwszego spotkania. Cóż, Amelia mogła go zrozumieć. Dziwny krwotok i jeszcze dziwniejsze blizny na jej ramionach… Na pewno w oczach Ariona nie zachęciła księcia do siebie. Ale Arion nie widział tego, co ona.

Kiedy została sama w swoich komnatach, osunęła się wzdłuż ściany, czując, że jej ciało drży. Każdy obraz z wizji palił ją od środka, sprawiając, że jej serce zamieniło się w ciężki, lodowaty głaz. Przycisnęła dłonie do twarzy, starając się jakoś poskładać nowe informacje.

A więc to Ravi zamordował swoich rodziców, aby przejąć jakąś Czarną Księgę. Z tego, co widziała, to właśnie ta księga służyła do przywoływania i kontroli demonów. Co gorsze to również on stał za przebudzeniem Shabranigdo, a potem posłaniem za nimi Xellosa.

Amelia roześmiała się gorzko.

A więc cały ten koszmar od samego początku był sprawką Raviego!

Nagła nienawiść wezbrała w niej jak dzika burza, rwąca i niszcząca wszystko na swojej drodze. Ravi nie był już człowiekiem w jej oczach – był potworem, uosobieniem zła, które bezlitośnie niszczyło wszystko, co kiedykolwiek kochała. Zaciskała dłonie w pięści, aż paznokcie wbijały się w skórę. Pragnęła działać, pragnęła się przeciwstawić, ale nagle coś ją zatrzymało…

Fala zimnego lęku uderzyła w nią jak kubeł lodowatej wody. Przed oczami znów ujrzała swoją wcześniejszą wizję – Saillune, trawione ogniem, jego mury kruszące się pod naporem płomieni, ulice pełne martwych. Każdy szczegół tej sceny wrócił do niej z brutalną wyrazistością. Jej serce zamarło, gdy zrozumiała, że Ravi był zdolny to zrobić. Mógłby spalić całe miasto, jeśli sprzeciwiłaby się jego woli. Przez moment jej gniew zderzył się z bezsilnością, a strach zaczął dławić jej oddech. Jeśli odmówi, wszystko, co kochała, może zginąć w płomieniach.

Niespodziewanie drzwi komnaty otworzyły się gwałtownie, wpuszczając do środka rozwścieczoną Linę. Gourry podążał za nią z typowym, lekko zdezorientowanym wyrazem twarzy.

– Amelia! Co ty wyprawiasz?! – krzyknęła Lina, ledwo łapiąc oddech. – Zaręczyny z tym typem? Dlaczego nic nam nie powiedziałaś?!

Amelia spojrzała na nią szeroko otwartymi oczami, czując, jak serce przyspiesza. Strach ścisnął ją za gardło.

– Lina… ja… – zaczęła, ale przyjaciółka najwyraźniej jeszcze nie skończyła.

– Rozmówiłam się już z tym księciuniem – rzuciła z pogardą. – Powiedziałam mu, żeby spadał!

Amelia poczuła, że ogarnia ją panika. Ravi… Jeśli Lina go obraziła, skutki mogły być katastrofalne. Strach ustąpił miejsca desperacji. Musiała działać.

– Jak śmiałaś?! – krzyknęła, wstając gwałtownie i patrząc na Linę z udawanym gniewem. – Jakim prawem odzywasz się do mojego narzeczonego w taki sposób?!

– Co? – Lina zmarszczyła brwi, zaskoczona ostrym tonem księżniczki.

– To moje życie i moja decyzja! – kontynuowała, ignorując łzy napływające do oczu. – Nie masz prawa wtrącać się w moje sprawy!

– Amelia, co ty wygadujesz?! – Lina zmrużyła oczy, patrząc na nią podejrzliwie. – Przecież wiesz, że to nie ma sensu. Nie rób tego z powodu jakichś głupich obowiązków. Pomyśl o Zelu… Czy on nic dla ciebie nie znaczył? Czy to wszystko przestało być ważne?!

Słowa Liny trafiły prosto w serce. Na ułamek sekundy Amelia poczuła, jak maska opada, a ból wdziera się na powierzchnię. Zelgadis. Jego imię, wspomnienie twarzy i głosu, było jak rozcięta rana, która nigdy się nie zabliźniła.

– Zelgadis mnie zostawił – powiedziała sztywno, słowa łamały się w gardle, ale zmusiła się, by mówić dalej. – A ja mam teraz inne priorytety.

Lina cofnęła się o krok, patrząc na Amelię w sposób, jakby ta właśnie wymierzyła jej policzek.

– Inne priorytety? To jest priorytet? Poświęcenie własnego życia dla polityki?

Amelia uniosła głos, chcąc zakończyć tę rozmowę, zanim straci kontrolę nad emocjami.

– To nie twoja sprawa, Lina! Zostaw to! I ty, i Gourry wynoście się z mojego zamku!

– Amelia, przestań! – Gourry wtrącił się, próbując coś powiedzieć, ale Lina uniosła rękę, powstrzymując go.

– Jak chcesz – rzuciła lodowato, choć w jej oczach błyszczała bolesna mieszanka żalu i rozczarowania. – Ale nie licz, że znowu się zjawimy, kiedy to wszystko zacznie się walić.

Amelia odwróciła się plecami, dławiąc łzy, które już nie dały się powstrzymać.

– Wynoście się – wyszeptała cicho.

Drzwi zamknęły się za ich plecami z głośnym trzaskiem.

Kiedy została sama, upadła na kolana, rozpadając się. Miała ochotę krzyczeć, błagać, żeby zostali… Ale milczała. Ravi nie zawahałby się ich skrzywdzić, a ona nie mogła do tego dopuścić. Nawet kosztem ich przyjaźni.

***

Amelia, stojąca do tej pory plecami, odwróciła się powoli wraz z końcem swojej opowieści. Jej ramiona były napięte, jakby przygotowywała się na osąd.

Cisza w pokoju stała się ciężka, niemal dławiąca, a księżniczka wyraźnie bała się spojrzeć na twarze przyjaciół.

Zelgadis siedział bez ruchu, wpatrzony w nią z niedowierzaniem. Jego dłoń powoli zacisnęła się na krawędzi stołu, aż drewno zaczęło lekko skrzypieć. Nie mógł oderwać myśli od jej słów. Widział w nich każdą chwilę strachu i bólu, które przeszła. Świadomość, że musiała to wszystko dźwigać sama, uderzyła go jak pięść.

Nagle wstał, odrzucając krzesło do tyłu. Nie czekał na niczyją reakcję. W kilku szybkich krokach podszedł do Amelii i, bez słowa, objął ją mocno.

– Przepraszam… – wyszeptał. – Przepraszam, że mnie nie było, kiedy tego potrzebowałaś.

Amelia zamknęła oczy, pozwalając sobie na pociesznie.

– Na bogów, Amelio… – odezwała się cicho Lina i już po chwili dołączyła wraz z Gourry’m do Zelgadisa.

Przez moment stali tak razem, szukając otuchy we wzajemnych objęciach.

– Bałam się, że będziecie na mnie źli… – wykrztusiła w końcu Amelia, odsuwając się nieco.

– Źli? – podchwycił Gourry. – Od samego początku wiedziałem, że nie zgodziłabyś się na to małżeństwo z ważnego powodu. Widzisz, Lina? A nie mówiłem, że chodziło o coś więcej!

– Faktycznie, mówiłeś – przyznała poważnie czarodziejka, kiedy wszyscy wrócili na swoje miejsca przy stole. – Amelio, ale ja nie byłam na ciebie zła. Chyba po prostu nie rozumiałam twojej decyzji. Teraz wiem, że miałaś swoje powody. Ważne powody.

– A więc to Ravi Lenos ma Łzę? – podjęła przytomnie Nirali, zerkając na Zelgadisa znacząco.

– Nawet gdyby jej nie miał, zabiję tego bydlaka – oświadczył oschle Zel, ściskając w ręku dłoń Amelii.

– Nie możesz – zaprotestowała szybko księżniczka.

– Co takiego?!

– Zel… – zaczęła poważnie – wiem, że to bardzo ci się nie spodoba, ale muszę wrócić do zamku.

***

Mam nadzieję, że chociaż długość tego rozdziału w jakimś stopniu zrekompensuje opóźnienie w pisaniu. Trochę pobawiłam się tu formą więc mam nadzieję, że i wam się spodoba takie przedstawienie wydarzeń. Tak jak obiecałam, odpowiedzieliśmy na wiele pytań z początku. Uczciwie uprzedzam, że kolejny rozdział pojawi się najpewniej w okolicach świąt, ponieważ czeka mnie przeprowadzka i całe dwa weekendy wyjęte na studia.

Całuję i ściskam! <3

Updated: 25 Listopad 2024 — 00:35

2 Comments

Add a Comment
  1. Przeczytałam wczoraj, komentarz zaś daję dzisiaj :). Faktycznie rozdział – konkret. I dostaliśmy odpowiedzi na większość pytań. Podoba mi się, jak ładnie cały rozdział jest wynikiem pojedynczego zdania Amelii z końca poprzedniego rozdziału – „Ja wiem, gdzie jest Łza.”

    Mamy tu pięknie wykorzystany teraz potencjał zdolności profety. Wytłumaczyłaś nawet rękawiczki Amelii, wspaniale, że zadbałaś nawet o takie szczegóły :). Bardzo podobał mi się też kwestia należąca do Zelgadisa, w tym krótkim fragmencie w potoku wspomnień:

    Zapytał wtedy, czy ból, którego doświadczyła po stracie matki, był dla niej zbyt wygórowaną ceną za wszystkie inne, piękne wspomnienia…

    Poza wartością budowania relacji między Amelią i Zelem, to po prostu bardzo mądre słowa :).

    Co do Raviego, niezły z niego sku*****, nieźle to sobie wszystko wymyślił. Czyli Amelka staje się dosłownie McGuffinem obok Łzy. Ale jestem w ogromnym szoku, że miał siłę kontrolować Xellosa O.o.

    Ładnie też się pobawiłaś narracją :), stworzyłaś bardzo zgrabny ciąg przyczynowo-skutkowy. Tutaj mam dwie myśli, jak można by jeszcze bardziej poeksperymentować. Jedna myśl jest taka, że atak tych straszliwych potworów, można by opisać z perspektywy któregoś z mieszkańców Seyrun. Opisać makabrę widzianą z pierwszej perspektywy, a potem przeskoczyć do Amelki. Druga, że przy opisie wizji Amelii, gdy dotknęła Raviego, można być opisać trochę onirycznie. Bardziej w stylistyce snu, troszkę bardziej chaotycznie, mniej uporządkowane zdania. Ale to tylko taka moja refleksja :). Ale na pewno zastosowałabym, kursywę, aby trochę jednak odróżnić sposób zapisu. Łatwiej by się czytało. Ale to mój jedyny zarzut jako taki :).

    Podsumowując, bardzo dobry rozdział, satysfakcjonująco tłumaczący, co się dzieje w historii :).

    1. Dziękuję Kochana <3
      Wiesz już chyba, że mam uczulenie na kursywę (nie wiem dlaczego xD), stąd faktycznie używam jej bardzo rzadko. Zastanawiałam się nad nią, ale później doszłam do wniosku, że wtedy 3/4 rozdziału musiałby być nią zapisane, bo mamy tam w sumie wolny strumień wspomnień.
      Co do opisu przypominającego bardziej „sen”, byłaby to ciekawa koncepcja. 😀 Niestety nie wpadłam na to wcześniej, podobnie jak opis masakry z perspektywy mieszkańca. Muszę konsultować takie rzeczy z Tobą przed wypuszczeniem rozdziału, haha. 😀 <3

Odpowiedz na „Lilly WorldAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© 2018 Frontier Theme